Główna » Felietony

Kali w Rzymie

07/02/2010 Komentarzy: 14 Autor: Piotr Chyliński

Rzymska maksyma głosi dura lex sed lex. Teoretycznie jej przekaz jest oczywisty i jasny dla każdego: prawo musi być przestrzegane, niezależnie od tego, jakie by ono nie było. To jednak tylko powierzchnia. Przesłanie tej maksymy okazuje się być o wiele głębsze, jeżeli tylko zadać sobie trud jego zrozumienia: jeżeli prawo jest złe, należy je zmienić, a nie zacząć je łamać.

Chociaż na pierwszy rzut oka powyższe zdanie wydaje się to być oczywistą prawdą, szczególnie w naszym kraju nauczyliśmy się przez lata, że sposobem na funkcjonowanie jest omijanie przepisów. Nie dlatego, żebyśmy byli społeczeństwem jakoś szczególnie miłującym anarchię, lecz dlatego, że nasze prawo było i, niestety, nadal jest pełne przepisów bzdurnych i nie służących niczemu, poza piętrzeniem trudności przed każdym, kto chciałby coś załatwić. Mawia się wręcz, że przepisy są po to, aby je obchodzić, a ludzi, którzy mają bezsprzeczny talent do omijania prawa, postrzega się często jako osoby zaradne. Takich życiowych cwaniaków.

Mimo że to podejście, szczególnie nam, borykającym się z przepisami polskiego prawa na co dzień, wydawać się może usprawiedliwionym, z takim sposobem myślenia jest pewien problem. Polega on na tym, że społeczna akceptacja dla łamania lub chociażby obchodzenia prawa spowodowała, iż tak naprawdę przestaliśmy już zwracać uwagę na jakość nowych przepisów, ustanawianych przez kolejne rządy. Złe czy dobre, to tak naprawdę bez znaczenia. Jeżeli okażą się dobre, to świetnie. Jeżeli okażą się złe, to najwyżej nikt nie będzie ich przestrzegał, ludzie zaraz wynajdą sposób na ich obejście, a w tym czy innym kodeksie pojawi się kolejny martwy przepis. Żaden problem.

Owszem, można i tak, ale to tylko jedna strona medalu. Drugą jest bezsprzeczny fakt, iż nawet najgłupszy, najbardziej bezsensowny przepis, nadal jest obowiązującym prawem i zawsze znajdzie się ktoś, kto zrobi z niego użytek. Chociażby tylko po to, aby zatruć życie komuś, kto tej osobie nadepnął na odcisk. Zapewne nie raz i nie dwa słyszeliście o urzędnikach, nakładających wysokie grzywny na podstawie niejasności w przepisach, których interpretacja zależy często wyłącznie od nastroju danego człowieka.

Wbrew pozorom to o czym piszę nie dotyczy jedynie poszanowania prawa. Prawo to tylko jedna z wielu umów, których zasady zobowiązujemy się przestrzegać w naszym życiu. Skoro tak łatwo przychodzi nam łamanie tej umowy, dlaczego mielibyśmy bardziej przejmować się innymi? Efektem jest sytuacja, w której pojęcia „dać słowo” lub „zobowiązać się”  powoli przestają cokolwiek znaczyć. Ile razy zdarzyło wam się, iż ktoś wam coś obiecał, a potem zwyczajnie się nie wywiązał ze zobowiązania? Zapewne nie raz.

Najdziwniejszym jest jednak to, że kiedy własne zobowiązania skłonni jesteśmy traktować lekceważąco, o tyle zobowiązania innych traktujemy niezwykle poważnie. Czy mamy rację, czy nie – nasze prawa są święte. Ot, takie nasze prawo Kalego w praktyce. Żeby nie szukać daleko, spójrzmy na nasz macowy ogródek.

Mimo że na forach i blogach notorycznie mylone są pojęcia gwarancji, rękojmi i odpowiedzialności sprzedawcy, a może właśnie z tego powodu, panuje niemal powszechne przekonanie, że każdemu nabywcy produktów Apple należy się bezpłatna naprawa sprzętu przez dwa lata, a przynajmniej przez rok od daty zakupu. Tymczasem sprawa wcale nie jest oczywista, szczególnie w przypadku sprzętu sprowadzanego spoza granicy Unii Europejskiej. Jeżeli jednak serwis odmówi naprawy gwarancyjnej, pod niebiosa podnosi się rwetes, że Apple lub jego dystrybutor łamie umowę i zobowiązania. No skandal!

Tymczasem często te same osoby, które najgłośniej pomstują na Apple, bez zmrużenia oka jailbreakują iPhone’y lub instalują OS X na hackinstoshach, powołując się na inne powszechne przekonanie, że licencja Apple nie obowiązuje na terenie Polski. Może ktoś z was zna decyzję sądu, która ową licencję unieważnia, lecz ja o żadnym takim werdykcie nie słyszałem. Jedyną przesłanką do takich twierdzeń wydają się być opinie kilku prawników, którym z łatwością można by przeciwstawić opinie innych prawników, twierdzących coś zupełnie przeciwnego. Innymi słowy, to niemal powszechne przekonanie o „nielegalności”  licencji Apple wydaje się być niczym innym jak prywatną decyzją, iż tę akurat umowę można zignorować, bo nam nie pasuje. Tymczasem, jeżeli rzeczywiście licencja Apple narusza prawa konsumenckie określone w polskim prawie, należałoby ją zwyczajnie zaskarżyć do sądu, który wydałby nakaz jej zmiany, tak jak miało to miejsce w przypadku licencji drukowanych na opakowaniach filmów DVD.

Te dwa przykłady doskonale ilustrują paradoks, o którym piszę. Z jednej strony oczekiwanie bezwzględnego wypełnienia umowy, z drugiej zwyczajne jej lekceważenie. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego jedna strona umowy ma mieć tylko obowiązki, a druga tylko prawa. Ochrona konsumenta? Raczej jej parodia.

Może już czas wyrwać się z tego błędnego koła i zacząć przykładać większą wagę do wartości własnego słowa i zawieranych zobowiązań? Jeżeli warunki umowy komuś nie pasują, zamiast podpisywać ją ze świadomością, że i tak się jej nie dotrzyma, może lepiej w ogóle jej nie zawierać? Zamiast uchwalać kolejny bezsensowny przepis, może lepiej zadbać o to, aby spełniał swoje zadanie? Wiem, to niełatwe wyzwanie, ale może warto?



Podobne wpisy:

  1. iSource szuka promotorów Firma iSource poszukuje pracowników. Dokładnie chodzi o promotorów produktów...
  2. Jailbreak – wolność? System iPhone OS jest zamkniętą platformą z wieloma restrykcjami, które...
  3. Oszustwa w autoryzowanych serwisach Apple Nasi koledzy z francuskiego serwisu MacBidouille/HardMac poświęcili już drugi...

bookmark bookmark bookmark bookmark
1 gwiazdka2 gwiazdki3 gwiazdki4 gwiazdki5 gwiazdek (1 ocen, średnio: 5,00 z 5)
Loading ... Loading ...

Moje Jabłuszko na:
Moje Jabłuszko na Blip Moje Jabłuszko na Twitter Moje Jabłuszko na Facebook Moje Jabłuszko na YouTube

Komentarzy: 14 »

  • Moridin napisał(a):

    W naszym kraju? Przy naszej mentalności? Serio?

  • Rafal napisał(a):

    a) w cenie produktu zwykle jest zawarta opłata za jego serwis. Nie ma darmowych obiadów ani darmowego serwisu. Brak serwisu w jakimś kraju (przy niezmienionej cenie) oznacza tylko tyle, że producent z części uzyskanej ceny pokrył inne swoje wydatki (np. sfinansował łapówki, jakie musiał wręczyć, by w kraju ZuluGula sprzedawać swój produkt albo sfinansował wymagane w kraju GuluZula badania na okoliczność, czy produkt nie interferuje z maszynkami do golenia) albo po prostu zwiększył uzyskiwaną marżę.

    b) medal ma dwie strony. Jeśli Apple uważa, że jailbreakerzy naruszają jego licencję niech ich pozwie i wygra. Czy jeśli ogłoszę, że udzielam licencji na oddychanie będziesz pozywał mnie do sądu, czy po prostu popukasz się w czoło? Dokładnie taki sam efekt mają niektóre postanowienia licencji pewnych firm. Co ciekawe – np. MS też kiedyś miał podobne, ale już z nich wyrósł.

    c) odnośnie polityki Apple związanej np. z podziałem rynków etc. – owszem, zajmuje się tym Komisja Europejska. Ciekaw jestem rezultatów.

    d) z konsumentem jest tak, że to święta krowa współczesnego biznesu jest. Ale nieporozumieniem jest głoszenie, że nie ciążą na nim żadne obowiązki – owszem, jest jeden i to nieporównywalny ze wszystkimi, jakie obciążają producenta. Mianowicie konsument płaci za produkt. I następnie może z nim (w pewnym uproszczeniu) zrobić co mu się podoba. Płytę Kasi Nosowskiej może podłożyć pod kiwające się krzesło, rysunek Piotra Chylińskiego może użyć do zapakowania śledzia a program Apple może zainstalować na telewizorze (jeśli tylko potrafi).

    e) miło byłoby, by ktoś, komu nie odpowiadają warunki umowy jej nie zawierał zamiast ją łamać. Również miło byłoby, gdyby ktoś, kto proponuje zawarcie umowy dostosowywał jej warunki do funkcjonalności produktu, jaki oferuje (funkcjonalność produktów Apple w kraju nie posiadającym pełnego dostępu od iTS jest jakby mniejsza a ich cena taka sama jak w krajach, gdzie iTS działa). Obie strony (jeśli tak można powiedzieć) grają nie do końca fair. Zakładam jednak, że gdyby Apple przeszkadzało to, co się w Polsce dzieje, po prostu nie sprzedawałby tu swoich produktów. Widać mu nie przeszkadza (a w każdym razie nie w takim stopniu, by się obrażać na rzeczywistość). Nie starasz się Piotrze być świętszym od Papieża?

    f)nazywanie jailbreakowania iphonów anarchią to znaczna przesada. Na plaży w Marbelli można kupić podrabiane torebki luisa vuittona a na ulicy w Rzymie podrabiane Rolexy. Nie mówiąc już o rynkach w Chinach, gdzie europejsko/amerykańskimi prawami autorskimi można sobie dno podrobionej walizki wyłożyć. A Chiny to kraj naprawdę nie mający nic wspólnego z anarchią :)

    g)dla jasności – nie jailbreakuję, więc nie potrzebuję znaleźć uzasadnienia dla własnego zachowania :)

  • mantis30 napisał(a):

    @Rafał:
    „Dokładnie taki sam efekt mają niektóre postanowienia licencji pewnych firm. Co ciekawe – np. MS też kiedyś miał podobne, ale już z nich wyrósł.”

    Tak uważasz? Że wyrósł? Hmm… to przeczytaj: http://www.makowiec.dworniak.pl/?p=4357

  • Wyspiański napisał(a):

    Ale o co ci chodzi Heidi? Co chciałeś udowodnić tym felietonem, bo z tekstu nie wynika nic! Może zamiast pisać kolejny bezsensowny felieton, może lepiej zadbać o interesujący temat i opisać go w sposób zrozumiały dla czytelników, tak aby spełniał swoje zadanie?
    Kiedyś uczyli tego w szkole: Wstęp – teza, rozwinięcie – argumenty, zakończenie – wnioski.
    Wiem, to niełatwe wyzwanie, ale może warto?

  • iMan napisał(a):

    Wyspiański napisał(a):
    „…..” > Przeciwny wniosek (choć od czasu do czasu ;) )

  • Sting napisał(a):

    „Kiedyś uczyli tego w szkole: Wstęp – teza, rozwinięcie – argumenty, zakończenie – wnioski.”
    I dalej tak uczą w podstawówce, ale potem są starsze klasy. Jak czegoś nie rozumiesz to zacznij od siebie, bo tekst wcale nie jest skomplikowany, choć trochę naiwnie pełny wiary w ludzi.

  • Wyspiański napisał(a):

    „tekst wcale nie jest skomplikowany” i w tym właśnie kłopot. To zlepek banałów który nic nie odkrywa niczego nie wyjaśnia, ot sztuczny tłok na stronie.
    „tekst wcale nie jest skomplikowany” to prawda! Zrozumiałe jest to, o czym dość nieskładnie Piotr Chyliński pisze, ale trudno pojąć w jakim celu to robi?

  • Sting napisał(a):

    Najpierw piszesz, że napisane w sposób niezrozumialy, potem że zrozumiały. Czy ty wiesz o co ci chodzi, czy czepiasz się dla samego czepiania?

  • Wyspiański napisał(a):

    Sting
    Przeczytaj uważnie to co piszę, zanim będziesz się do tego odnosił. To tylko dwa wpisy, oba na jednej stronie. Nigdzie nie napisałem „że napisane w sposób niezrozumiały”. Nie przekręcaj moich słów by pasowały do twojej tezy.

  • Sting napisał(a):

    „może lepiej zadbać o interesujący temat i opisać go w sposób zrozumiały dla czytelników” niczego nie przekrecam. To ty nie bardzo wiesz czego chcesz

  • Wyspiański napisał(a):

    Uważnie Sting, uważnie to znaczy ze zrozumieniem :)
    Jeśli daję radę autorowi by „może lepiej zadbać o interesujący temat i opisać go w sposób zrozumiały dla czytelników” to znaczy że określenie „zrozumiały” odnosi się do słowa sposób i nie jest przeczeniem. Czyli nie chodzi o treść, króra jak sam napisałeś jest nieskomplikowana, ale o formę, której zrozumieć nie sposób. No chyba że autor popostu sobie narzeka ale niech wtedy nie pisze że to felieton tylko narzekanie.

  • Sting napisał(a):

    A doradzasz napisanie w sposób zrozumiały bo napisał w sposób zrozumiały… no tak, ty chyba tez powinieneś popracować tyle ze nad logika. A nie wpadles na to, ze powinieneś zmienić stronę jak tu nie dajesz rady? Dobierz sobie coś prostszego na swoim poziomie i nie będziesz miał problemów ze jest zrozumiałe a miało być zrozumiałe

  • Wyspiański napisał(a):

    To na przykładzie Sting bo chyba nie rozumiesz.

    Jeśli na ślubie organista zagra marsz pogrzebowy, to każdy usłyszy (w znaczenniu zrozumie) co to za utwór, ale nie zrozumie dlaczego organista go gra, właśnie na tej uroczystości.
    I teraz wracamy do pisania Piotr Chylińskiego. Zrozumiała jest treść jego wypowiedzi, ale forma jest bełkotem niemającym nic wspólnego z felietonem – jest niezrozumiała.

    Treść – zrozumiała, forma – niezrozumiała.

    Ale pewnie i tak nie zrozumiesz albo udasz że nie rozumiesz :)

  • Sting napisał(a):

    Jakoś z komentarzy widać, ze inni sobie poradzili i tylko ty masz problemy. Może jednak zmien stronę na coś prostszego.

Zostaw odpowiedź!

Dodaj swój komentarz poniżej, lub wyślij trackback ze swojego bloga. Możesz również zasubskrybować komentarze do tego wpisu w kanale RSS .

Możesz użyć następujące tagi:
<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Ten serwis obsługuje avatary z serwisu Gravatar. Aby dodać swój avatar, zarejestruj się na Gravatar.com.